Harry niecierpliwie poruszył się na moich
rękach, czując, że stoję w miejscu.
- Mogę już popatrzeć? – zapytał, a ja cicho
wyszeptałem:
- Tak, jasne.
– Zsunął z oczu materiał i otworzył je szeroko.
- Louis, to jest staw! Ten z obrazu! Gdzie go
znalazłeś? Jak ci się to udało? Czy to na pewno tu? Czy wierzysz, że Susanne
istnieje?
- Poczekaj, nie nadążam… Więc wiedziałem gdzie
jest to miejsce, bo przychodzę tu od dzieciństwa i się huśtam, to na sto
procent tu, nie wierzę w Susanne, ale za to w Max’a tak. Tam na strychu to były
jego ślady, teraz jestem pewien, spotkałem się z nim parę razy od tamtego
momentu, ale tego nie zauważyłem…
- Czyli nie ma już największej tajemnicy
naszej ulicy?
- Ty nią jesteś. Nikt oprócz mnie i Eleanor
nie wie, że istniejesz… No, teraz jest jeszcze Schneider. Przez tyle lat mieszkałeś samotnie za
ścianami tylko w otoczeniu wyobraźni, kurzu i książek. Jak to było?
- Okropnie. Nie chcę o tym mówić, to nadal nie
jest specjalnie przyjemny temat. Nienawidzę jej. -
W ustach kogoś tak drobnego i spokojnego jak
Harry te słowa brzmiały lekko przerażająco. Przytuliłem go do siebie mocniej i
posadziłem na huśtawce, po czym wsunąłem się za niego, okrywając go swoją
kurtką. Rozglądał się dookoła jakby widział wszystko pierwszy raz. Ze smutkiem
pomyślałem, że cztery lata nie był poza domem dalej niż w ogrodzie i nie dłużej
niż na parę minut, a wszystko z powodu Eleanor. Właściwie ona przecież nie
mogła być taka zła… Co się stało, że stała się wredna i chciwa? Urodziła się
taka czy coś ją zmieniło?
Harry odwrócił głowę i nie mogłem myśleć nad
jakąś dziewczyną, kiedy on patrzył w moje oczy, a ja coraz bardziej
uświadamiałem sobie, że on nigdy nie poczuje do mnie tego, co ja czuję do
niego.
- Louis, czy ty tez uważasz, że zachody słońca
stały się tandetne przez te wszystkie opisy i filmy romantyczne i tylko jego
wschody są wyjątkowe?
- Widzisz inny powód żeby zwlekać się z łóżka
o piątej, wchodzić do ciebie i ci to pokazać?
- Nie, ale teraz doskonale cię rozumiem… To
jest piękne… - Zachwycony patrzył na różowe i pomarańczowe promienie
oświecające chmury, a ja z nie mniejszym podziwem oglądałem refleksy w jego
włosach i oczach oraz grę świateł i cieni, sprawiającą, że wyglądał magicznie.
Złapał mnie za rękę.
- Lou… Ja niedługo umrę, prawda?
Nie mogłem go okłamać, patrząc w jego szeroko
otwarte źrenice.
- Prawdopodobnie tak.
Oparł czoło o mój policzek.
- Louis, skoro i tak nie ma szans, że przeżyję
do końca tego miesiąca, to po co mam wszystkich oszukiwać… A zwłaszcza ciebie…
- Harry, o czym ty mó… - Moje słowa zostają
zagłuszone przez jego wargi, które dotykają z wahaniem moich, a ja zdziwiony
otwieram oczy i oddaję jego pocałunek. Odrywa się ode mnie.
- Przepraszam Lou, już tego więcej nie zrobię.
To było głupie…
- Nie tłumacz się, bo nie masz powodu. Sam
miałem ochotę to zrobić od bardzo dawna.
- Naprawdę, Lou? – Jego głos był pełen
nadziei. Na szczęście nie musiałam go okłamywać.
- Kocham cię Harry. Pokochałem cię w tym
momencie, gdy cię po raz pierwszy zobaczyłem.
Jego zielone oczy rozbłysły szczęściem.
- Ja ciebie też kocham, Louis.
W tej chwili, trzymając w ramionach osobę,
którą kochałem nad życie i delikatnie ją całując, byłem najszczęśliwszym
człowiekiem na ziemi.
Szczęście jest pojęciem
względnym, dla każdego oznaczającym co innego. Ale na pewno miłość jest
uznawana za to uczucie najwyższe, a ja jestem zakochany na zabój w tym szatynie
z niebieskimi oczami, a on najwyraźniej to odwzajemnia.
- Louis, czy ty naprawdę mnie
kochasz, czy powiedziałeś to z litości, że niedługo umrę i cię pocałowałem?
- A jak myślisz, kocie? –
Spodobało mi się to określenie. Lubiłem koty, niestety żadnego nie miałem,
ponieważ Eleanor nie zgadzała się na to pod jakimiś błahymi, wyssanymi z palca
powodami.
- Myślę, że to litość, wszyscy
się nade mną litują.
W błękitnych niczym ocean
tęczówkach rozbłysnął smutek.
- Nie wierzysz w moje uczucia,
Harry?
Jego wyraz twarzy ukazał mi
wszystko: bezbrzeżną troskę i miłość.
Widząc to, wtuliłem się w niego
i delikatnie dotknąłem swoimi wargami jego ust, szepcząc:
- Kochasz mnie. Przepraszam, że
w to nie wierzyłem.
Około
siódmej, szybko, by Eleanor się nie zorientowała, że Harry’ego nie ma,
wróciliśmy do mojego domu i jakoś go przeniosłem do łóżka. Był śpiący i prawie
zasnął mi na rękach, ale mimo klejących się oczu i opadającej głowy mocno mnie
trzymał i nie chciał puścić. Ja też właściwie chętnie spędziłbym resztę dnia z
nim, ale nie mogłem. Wyplątałem się z jego objęć i pocałowałem go w czoło,
mówiąc:
- Wieczorem
do ciebie przyjdę, dobrze?
Odpowiedział
mi delikatnym skinięciem i zasnął u uroczym uśmiechem na ustach.
Po południu
ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłem i stanąłem jak wryty.
Osoba za
drzwiami podejrzanie przypominała Max’a, ale miałem pewne wątpliwości. Max był
zawsze porządnie ubrany i czysty, a ta osoba, która przede mną stała miała
rozpiętą koszulę, na jednej nodze glana, a na drugiej bandaż i przy okazji jego
twarz zdobiły plamy błota poprzecinane rowkami łez.
-
L-Lou-Louis… Wpuścisz mnie? – powiedział tak żałosnym tonem, że bez
zastanowienia otworzyłem drzwi szerzej i zaprosiłem go gestem do środka. Gdy
usiadł w fotelu z herbatą, którą pośpiesznie mu zrobiłem, zaczął chlipać.
- Max,
powiedz mi, co się dzieje? Zawsze byłeś taki radosny albo przynajmniej nie
miałeś większych problemów… A teraz? Co się stało?
-
S-su-susanne… - Jego pociągnięcia nosem były dość jednoznaczne. Stało się coś
złego i było związane z tą dziewczyną.
- Co się
stało z Susanne?
Podniósł oczy
i z niezwykłą dokładnością wyszeptał siedem słów, które mną wstrząsnęły:
- Zniknęła i
nigdy jej już nie będzie.
______________________________
Całkiem
szybko <jak na mnie> to napisałam. Przez chwilę nie chciało mi się tego
już pisać, ale teraz to skończę, przyrzekam.
PS. Dziękuję czytelnikom i moim przyjaciołom!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz