niedziela, 13 stycznia 2013

Rozdział 8


Harry niecierpliwie poruszył się na moich rękach, czując, że stoję w miejscu.
- Mogę już popatrzeć? – zapytał, a ja cicho wyszeptałem:
- Tak, jasne.  – Zsunął z oczu materiał i otworzył je szeroko.
- Louis, to jest staw! Ten z obrazu! Gdzie go znalazłeś? Jak ci się to udało? Czy to na pewno tu? Czy wierzysz, że Susanne istnieje?
- Poczekaj, nie nadążam… Więc wiedziałem gdzie jest to miejsce, bo przychodzę tu od dzieciństwa i się huśtam, to na sto procent tu, nie wierzę w Susanne, ale za to w Max’a tak. Tam na strychu to były jego ślady, teraz jestem pewien, spotkałem się z nim parę razy od tamtego momentu, ale tego nie zauważyłem…
- Czyli nie ma już największej tajemnicy naszej ulicy?
- Ty nią jesteś. Nikt oprócz mnie i Eleanor nie wie, że istniejesz… No, teraz jest jeszcze Schneider.  Przez tyle lat mieszkałeś samotnie za ścianami tylko w otoczeniu wyobraźni, kurzu i książek. Jak to było?
- Okropnie. Nie chcę o tym mówić, to nadal nie jest specjalnie przyjemny temat. Nienawidzę jej. -
W ustach kogoś tak drobnego i spokojnego jak Harry te słowa brzmiały lekko przerażająco. Przytuliłem go do siebie mocniej i posadziłem na huśtawce, po czym wsunąłem się za niego, okrywając go swoją kurtką. Rozglądał się dookoła jakby widział wszystko pierwszy raz. Ze smutkiem pomyślałem, że cztery lata nie był poza domem dalej niż w ogrodzie i nie dłużej niż na parę minut, a wszystko z powodu Eleanor. Właściwie ona przecież nie mogła być taka zła… Co się stało, że stała się wredna i chciwa? Urodziła się taka czy coś ją zmieniło?
Harry odwrócił głowę i nie mogłem myśleć nad jakąś dziewczyną, kiedy on patrzył w moje oczy, a ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, że on nigdy nie poczuje do mnie tego, co ja czuję do niego.
- Louis, czy ty tez uważasz, że zachody słońca stały się tandetne przez te wszystkie opisy i filmy romantyczne i tylko jego wschody są wyjątkowe?
- Widzisz inny powód żeby zwlekać się z łóżka o piątej, wchodzić do ciebie i ci to pokazać?
- Nie, ale teraz doskonale cię rozumiem… To jest piękne… - Zachwycony patrzył na różowe i pomarańczowe promienie oświecające chmury, a ja z nie mniejszym podziwem oglądałem refleksy w jego włosach i oczach oraz grę świateł i cieni, sprawiającą, że wyglądał magicznie. Złapał mnie za rękę.
- Lou… Ja niedługo umrę, prawda?
Nie mogłem go okłamać, patrząc w jego szeroko otwarte źrenice.
- Prawdopodobnie tak.
Oparł czoło o mój policzek.
- Louis, skoro i tak nie ma szans, że przeżyję do końca tego miesiąca, to po co mam wszystkich oszukiwać… A zwłaszcza ciebie…
- Harry, o czym ty mó… - Moje słowa zostają zagłuszone przez jego wargi, które dotykają z wahaniem moich, a ja zdziwiony otwieram oczy i oddaję jego pocałunek. Odrywa się ode mnie.
- Przepraszam Lou, już tego więcej nie zrobię. To było głupie…
- Nie tłumacz się, bo nie masz powodu. Sam miałem ochotę to zrobić od bardzo dawna.
- Naprawdę, Lou? – Jego głos był pełen nadziei. Na szczęście nie musiałam go okłamywać.
- Kocham cię Harry. Pokochałem cię w tym momencie, gdy cię po raz pierwszy zobaczyłem.
Jego zielone oczy rozbłysły szczęściem.
- Ja ciebie też kocham, Louis.
W tej chwili, trzymając w ramionach osobę, którą kochałem nad życie i delikatnie ją całując, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Stałam nad brzegiem i patrzyłam na wschodzące słońce, przy okazji oglądając Larry’ego na huśtawce. Obok mnie klęczał znudzony Max i raz za razem ziewał, od czasu do czasu jęcząc: „Chodźmy już stąd, proszę, nic się nie dzieje!”. Odwarkiwałam: „NIE! Popatrz sam…”.
- Susanne, mam cię dość, wiesz? Jesteś okropna.
Chwilę potem pożałował tych słów. Poczułam coś dziwnego. Moje palce zaczęły się rozpływać w jasną, świetlista mgłę, a ja przerażona krzyknęłam, ponieważ moje ciało, mimo że niematerialne, zaczęło znikać. Max z rozszerzonymi ze strachu oczami patrzył na mnie i ruszał ustami, z których nie wydobywał się żaden dźwięk.
Ostatnią rzeczą jaką zarejestrowałam było jego rozpaczliwy krzyk protestu, który nic nie dał.
Zniknęłam na wieczność.
Na zawsze.

Szczęście jest pojęciem względnym, dla każdego oznaczającym co innego. Ale na pewno miłość jest uznawana za to uczucie najwyższe, a ja jestem zakochany na zabój w tym szatynie z niebieskimi oczami, a on najwyraźniej to odwzajemnia.
- Louis, czy ty naprawdę mnie kochasz, czy powiedziałeś to z litości, że niedługo umrę i cię pocałowałem?
- A jak myślisz, kocie? – Spodobało mi się to określenie. Lubiłem koty, niestety żadnego nie miałem, ponieważ Eleanor nie zgadzała się na to pod jakimiś błahymi, wyssanymi z palca powodami.
- Myślę, że to litość, wszyscy się nade mną litują.
W błękitnych niczym ocean tęczówkach rozbłysnął smutek.
- Nie wierzysz w moje uczucia, Harry?
Jego wyraz twarzy ukazał mi wszystko: bezbrzeżną troskę i miłość.
Widząc to, wtuliłem się w niego i delikatnie dotknąłem swoimi wargami jego ust, szepcząc:
- Kochasz mnie. Przepraszam, że w to nie wierzyłem.

Około siódmej, szybko, by Eleanor się nie zorientowała, że Harry’ego nie ma, wróciliśmy do mojego domu i jakoś go przeniosłem do łóżka. Był śpiący i prawie zasnął mi na rękach, ale mimo klejących się oczu i opadającej głowy mocno mnie trzymał i nie chciał puścić. Ja też właściwie chętnie spędziłbym resztę dnia z nim, ale nie mogłem. Wyplątałem się z jego objęć i pocałowałem go w czoło, mówiąc:
- Wieczorem do ciebie przyjdę, dobrze?
Odpowiedział mi delikatnym skinięciem i zasnął u uroczym uśmiechem na ustach.

Po południu ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłem i stanąłem jak wryty.
Osoba za drzwiami podejrzanie przypominała Max’a, ale miałem pewne wątpliwości. Max był zawsze porządnie ubrany i czysty, a ta osoba, która przede mną stała miała rozpiętą koszulę, na jednej nodze glana, a na drugiej bandaż i przy okazji jego twarz zdobiły plamy błota poprzecinane rowkami łez.
- L-Lou-Louis… Wpuścisz mnie? – powiedział tak żałosnym tonem, że bez zastanowienia otworzyłem drzwi szerzej i zaprosiłem go gestem do środka. Gdy usiadł w fotelu z herbatą, którą pośpiesznie mu zrobiłem, zaczął chlipać.
- Max, powiedz mi, co się dzieje? Zawsze byłeś taki radosny albo przynajmniej nie miałeś większych problemów… A teraz? Co się stało?
- S-su-susanne… - Jego pociągnięcia nosem były dość jednoznaczne. Stało się coś złego i było związane z tą dziewczyną.
- Co się stało z Susanne?
Podniósł oczy i z niezwykłą dokładnością wyszeptał siedem słów, które mną wstrząsnęły:

- Zniknęła i nigdy jej już nie będzie.

______________________________
Całkiem szybko <jak na mnie> to napisałam. Przez chwilę nie chciało mi się tego już pisać, ale teraz to skończę, przyrzekam.



PS. Dziękuję czytelnikom i moim przyjaciołom!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz