czwartek, 14 lutego 2013

Rozdział 9


 - Chcesz mi wmówić, że twoja dziewczyna, która niby jest duchem, właśnie zniknęła? – zapytałem lekko oszołomiony.
Chłopak pokiwał głową, chlipiąc cicho. Przez chwilę analizowałem jego słowa aż doszedłem do wniosku, że i tak ich nie zrozumiem. Pokręciłem głową i powiedziałem:
- Jeśli chcesz, to możesz zmyć z twarzy to błoto, łazienka jest tam. – Wskazałem ręką kierunek, po czym dodałem: - Co ci się stało w nogę?
- Byłem z Susanne nad jeziorem nad rankiem, a raczej świtem i…
- Zaraz! – Przerwałem mu. – Ty i ona byliście tam, gdy słońce wschodziło?! – Przerażony uświadomiłem sobie, że zapewne widzieli mnie i Harry’ego.
- Chodzi o was? Słodko wyglądaliście przytuleni na tej huśtawce, przyciśnięci do siebie z całej siły, jakbyście obawiali się, że możecie się nawzajem… s-stracić… - Rozpoczął wypowiedź z uśmiechem, ale gdy ją kończył, w jego oczach znowu lśniły łzy i pociągał nosem, szlochając. Poczułam potrzebę pocieszenia go i przycisnąłem się do niego mocno, nie zwracając uwagi na to, że brudzę swoje nowe ubranie. Wtulił głowę w mój obojczyk i użył mojego rękawa jako chusteczki, zostawiając na nim mokre ślady.
- Max, a może jednak byś się umył, a ja poszukam gdzieś apteczki i zrobię ci więcej herbaty, co ty na to? – zapytałem go po chwili, gdy się już trochę uspokoił.
- D-dobrze Lo-ou. – Odwrócił się i już miał pójść w kierunku łazienki, gdy usłyszałem jego cichy szept: - I dziękuję ci.
- Nie ma za co, młody. – Uśmiechnąłem się, gdy znikł za drzwiami i poszedłem do kuchni, po czym nalałem wody do czajnika i patrząc na budzącą się ulicę, czekałem aż się zagotuje. Równolegle z zagrzaniem wody rozległy się krzyki u chłopaków – Zayn głośno wyrażał swoje pretensje o to, że Niall miał czelność dotknąć jego włosów, układanych w idealną fryzurę cały poranek. U dziewczyn też ktoś się kłócił, najwyraźniej Pez za długo wczoraj imprezowała i swoim przyjściem obudziła drażliwą ostatnio Danielle. W domu Eleanor panował spokój i cisza, niezmącona żadnym dźwiękiem. Przez chwilę podsłuchiwałem wymiany zdań u moich sąsiadów, ale szybko mi się to znudziło i poszedłem do salonu z dwiema filiżankami herbaty. Max już siedział na fotelu i bardziej przypominał siebie, czysty i z ułożonymi włosami. Jego mokre ubranie leżało przewieszone przez poręcz i uśmiechał się do mnie, patrząc gdzieś w dal. Postawiłem kubki na stoliku i pobiegłem po apteczkę. Chłopak wystawił przed siebie zabandażowaną nogę, a ja szybko zdjąłem pośpiesznie zrobiony opatrunek. Krzyknąłem cicho na widok głębokiej, obficie krwawiącej rany.
- Max, co ty sobie zrobiłeś?!
Zawstydzony spuścił wzrok.
- Patyk mi się wbił w nogę, gdy wlokłem się z Susanne po krzakach. Wcześniej nie bolało, dopiero później poczułem, że coś jest nie tak. I to zabandażowałem…
- Młody, kawałek drzewa przebił podeszwę glana? Jesteś pewien? Nie do końca mu wierzyłem, w końcu było to mało prawdopodobne.
Chłopak pokiwał głową, rumieniąc się jak średniowieczna panienka. Powoli przemyłem obrażenie wodą utlenioną, a on syknął z bólu. Czyste już zranienie obandażowałem i odsunąłem się, oceniając swoją pracę.
- Będzie dobrze, niedługo się zagoi. A teraz opowiedz mi tą historię od początku do końca…
- Dobrze Louis. -  Nagle jego oczy się zamgliły. – Ale pamiętaj – ona odeszła i on to też niedługo zrobi.

Kręciło mi się w głowie, gdy siedziałem na łóżku – z niewiadomych powodów wszystko dookoła mnie było w stałym ruchu, wprawiając mnie w osłupienie. Głos Eleanor odbijał się gdzieś w mojej czaszce, zostawiając puste echo. Zastanawiałem się, co ona do mnie mówi, bo wyrazy zbijały się na w bezsensowne grupki głosek, a im bardziej usiłowałem je zrozumieć, tym mniej pojmowałem. Czyjeś ręce oparły się na moim czole, a kobiecy głos należący do kogoś, kogo nie znałem, mówił coś o „niespodziewanej reakcji organizmu na brak leków przeciwbólowych”. Chciałem zaprzeczyć, ale z mojego gardła wydobył się tylko zdławiony odgłos. Poczułem, że świat był coraz bardziej się rozmazuje, a ja słabnę. Walczyłem przez chwilę z ogarniającym mnie poczuciem senności, ale szybko się poddałem, zamykając powieki i odpływając do krainy Morfeusza na spotkanie z tym szczęśliwszym sennym życiem. Jedyne co jeszcze zauważyłem to przerażony krzyk i czyjeś wołanie.

Czy słowa Max’a zawsze muszą być prorocze? Kiedy patrzył na mnie ze łzami w oczach i szeptał: „ Ona odeszła i on też to zrobi niedługo” nie spodziewałem się, że przewiduje niedaleką przyszłość. I to bardzo niedaleką.
Nazajutrz obudził mnie cichy śpiew z sąsiedniego domu. Uśmiechnąłem się i poszedłem sprawdzić, co się takiego dzieje, że moi sąsiedzi są tacy szczęśliwi. Zastałem Liam’a gładzącego Danielle po brzuchu i z politowaniem patrzącego na Ziall'a, którzy wyprawiali niesamowite rzeczy, podejrzanie przypominające fangirling.  Obok stała Perrie z miną wyrażającą szczęście i zdziwienie. Nigdzie nie zobaczyłem Max’a, co niespecjalnie mnie zdziwiło.
- Co się stało?
- Dani jest w ciąży z Liam’em – oznajmił radośnie Niall, niszcząc fryzurę Zayn'a, a on nie dostał ataku wściekłości z tego powodu. Boże, cudy się zdarzają.
Przyłączyłem się do ogólnej radości i pytałem o wszystkie szczegóły. Liam optymistycznie oznajmił, że wszyscy zostaniemy ojcami chrzestnymi, a Perrie chrzestną. Nie wiem jak on zamierza to załatwić, ale to nieważne. Na naszej ulicy nie będą mieszkały tylko nastolatki i bardzo młodzi dorośli! Gdy już ustaliśmy już imiona (Lucy Mia dla dziewczynki, Edward Justin dla chłopczyka) i zaczęliśmy mieć totalną głupawkę, wymyślając idiotyzmy na temat dzieci, do pokoju w padł Max z najbardziej nawiedzoną miną, jaką widziałem. Powtórzył image z wczoraj, a przynajmniej dobrze go podrobił. Na jednej nodze miał glana, na drugiej samą skarpetkę, zapiętą do połowy koszulę i same bokserki. Wyglądał, jakby bardzo się śpieszył i przed chwilą wstał z łóżka, ubierając losowe rzeczy. Zagadka pozostaje, jak nie zamarzł w takim stroju, gdy na dworze było minus dwanaście stopni i leżał parucentymetrowy śnieg.
-LOUIS DO CHOLERY JASNEJ! UWAŻAJ!
- Ale na co?
Max usiłował cos powiedzieć, ale jego słowa zagłuszył sygnał karetki. Przerażony wyjrzałem przez okno i zobaczyłem dokładnie to, czego się bałem. Stała pod domem Harry’ego i Eleanor. Chłopak leżał nieprzytomny na noszach, a jego brązowe loki rozsypały się na białym materiale. Ratownicy krzyczeli jakieś rzeczy bez większego sensu dla ludzi postronnych – długie skomplikowane nazwy i liczby. Jedyne co rozumiałem to to, że spada mu ciśnienie i liczba uderzeń serca. Czyli krótko – chłopak, którego kochałem nad życie, właśnie tracił swoje na moich oczach.
Podbiegłem do Eleanor i przerażony wybełkotałem:
- C-co się dzieje?!
Ona ze spokojem się uśmiechnęła i powiedziała radośnie:
- Harry źle zareagował na nie przyjęcie odpowiedniej dawki leków i chyba umrze.
Poczułem palącą wściekłość. Zrozumiałem, dlaczego ten drobny, chudy chłopak nienawidził jej jak mógł. Jej zimne oczy nic nie wyrażały. Żadnych emocji. Pusta maska. Ona nie jest normalna.
- Jesteś suką.
Powiedziałbym więcej gdyby nie to, że właśnie w tym momencie odjechała karetka, zabierając z e sobą Harry’ego. Poczułem jak moje serce niespokojnie bije

Czy go jeszcze spotkam?

_____________________________________________________________

Wiem że długo nie pisałam, ale albo miałam zakaz, albo brak weny, albo problemy.
Á propos to mam urodziny w niedzielę i jest to jakaś mobilizacja do pisania.
Rozdział z dedykacją dla Ani i Max’a, a także Holendrów i wszystkich moich innych czytelników. Je t’aime, darlings. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz