czwartek, 20 grudnia 2012

Rozdział 7


Uśmiechnąłem się patrząc na Louis’a, Niall'a, Zayn’a i Max’a. Byli tacy radośni, no, może oprócz Lou.  Ze smutną mina patrzył się w moje okno i jego twarz rozpogodziła się, gdy mnie zobaczył. Pomachałem mu, starając się nie wywalić i wyjątkowo mi się udało. Już miałem otworzyć, gdy usłyszałem kroki na schodach. Puściłem się parapetu i spadłem na ziemię, boleśnie uderzając się w nogi. Wrzasnąłem, bo mimo tego, że nie mogłem ich używać, uderzenie w nie bolało jak w każdą inną część ciała. Drzwi się otworzyły się i stanęła w nich El. Uśmiechnęła się i z fałszywą troską zapytała:
- Co tam u ciebie Harry? Jak się czujesz? Dlaczego nie leżysz w łóżku?
- U mnie dokładnie tak samo jak piętnaście minut temu, kiedy byłaś tu ostatnio, czuje się okropnie, tak samo jak zwykle i nie przeleżę przecież całego dnia w łóżku!
- Jesteś pewien? Powinieneś to zrobić, dłużej pożyjesz…
- Jestem pewien, że marnowanie ostatnich dni życia na siedzenie wśród poduszek nie przedłuży go.
- Ale ja jestem pewna i dopóki tego nie zrobisz, nie dostaniesz ani jednej tabletki przeciwbólowej, bo to przecież nie jest konieczne!
Mówiąc te słowa szybko wymaszerowała z mojego pokoju, a ja poczułem, że żołądek podchodzi mi do gardła. Przecież wygra, bo po paru dniach będą się zwijał z bólu.  Poczułem silna rezygnację, a widok chłopaków na dworze stał się czymś więcej niż radosnym obrazem – został symbolem wolności, której ja nigdy nie będę miał.

Stałam obok z Max’a i moja mina robiła się coraz bardziej zdumiona. W cieniu stały duchy wszystkich mieszkających tu osób, co nigdy dotąd się nie zdarzyło. Przyglądałam się im uważnie – jedne mocno promieniowały, inne dużo mniej. Zacisnęłam pięści, bo wiedziałam, co oznacza świetlistość duszy- rychłą śmierć. Nie zdziwiło mnie to co prawda u Harry’ego i Perrie, ale gdy zobaczyłam Lou i Max’a, poczułam przerażenie. Jak to? Co im się stanie? Moje niewypowiedziane pytania zawisły w powietrzu, a postacie powoli zaczęły się rozmywać i zdążyłam jeszcze zauważyć coś dziwnego pomiędzy Liam’em i Danielle.
Niall, nadal nieprzyzwyczajony do mojego istnienia, co chwila się odwracał, a ja z uporem maniaka mu machałem. Max uśmiechał się lekko na widok Zayn’a, który cały czas obracał Irlandczyka w swoją stronę i mówił: „Co cię tak nagle interesuje w Schneiderze?!”. Tylko Louis z tęskną miną patrzył się w okno, w którym przed chwilą siedział Harry. Ciężko jest być zakochanym w królewnie na wieży, co nie, Lou?

Poszliśmy świętować wielkie i spektakularne zejście Ziall’a (te rzeczowniki nie są użyte bez powodu – nasze radosne wrzaski było słychać nawet po drugiej stronie ulicy) w jakiejś restauracji, która ku mojemu zdziwieniu nie była Nando’s. Była nas siódemka i na dodatek Max uparł się, że potrzebujemy jeszcze jednego krzesła dla Susanne, a Niall go gorąco poparł, co było dużym zaskoczenie, bo to on najbardziej nabijał się z przekonania Max’a, że ona gdzieś jest. Zszokowani dostawiliśmy ósme krzesło nie zadając dodatkowych pytań i przeszliśmy do zamawiania jedzenia. Pomijając wszystkie dziwne krzyki zrobiliśmy to dość spokojnie i tylko ludzie z rodzinami i na spotkaniach biznesowych dziwnie się na nas patrzyli.
Ponieważ był to dzień dziwnych zdarzeń, niespecjalnie nas zaskoczyło, że Danielle stanowczo zaprotestowała, gdy zaproponowaliśmy jej toast na cześć Ziall’a, mimo że nigdy nie stroniła od alkoholu. W połowie kolacji Max gdzieś uciekł pod pretekstem „Mam dużo nauki na maturę!”. Jak znajdę kolejny list lub obraz od Susanne to go chyba trzepnę w pusty łeb.
Reszta spotkania przebiegła normalnie i wyjątkowo (jak się dowiedziałem potem od Liam’a) nikt nas nie wyrzucił z restauracji. Gdy wszedłem do domu poczułem się lekko samotny. Wbiegłem do swojego pokoju i otworzyłem usta z wrażenia. Oprócz błota na podłodze układającego się w ślady glanów, miałem cale łóżko zawalone kartkami z trzema słowami „There’s no fate”.  Poczułem się bezsilny – wystarczy, ze wyjdę z domu i już mam wizytę psychopaty, który usiłuje mnie zmusić do… miłości do osoby, którą kocham. Bez sensu, ale co mnie to obchodzi – ja po prostu chcę spokoju! Czy to jest tak dużo? Najwyraźniej tak.
Bezsilnie opadam na łóżko i ukrywam się pośród materiału, udając, że mnie nie ma i wszystko jest w porządku.
Obudziłem się o odrobinę o północy i nie mogłem zasnąć. Coś nie pozwalało mi na to. W sumie nie coś, a przekonanie, że ktoś tu jest. Nie pomyliłem się – chwile potem usłyszałem szept.
Jesteś pewien, że to miłość? Bo ja tak.
Przestraszony podniosłem się i zobaczyłem czyiś cień odbijający się na firance, falującej mimo zamkniętego okna.
- To mi się tylko śni, prawda?
Nie wiedziałam, że zaprzeczasz rzeczywistości, Louis’ie… To nie jest sen. To ja, Susanne, córka poprzednich właścicieli tego miejsca.
- I wymyślona dziewczyna Max’a?
Jesteś trzecia osobą, która mnie widzi. Nie jestem w takim razie wymyślona. Kończy na m się czas, i mi, i tobie, ale ty nie zmarnuj ostatnich dni swojego życia.
Firanka zatrzymała się w bezruchu, cień zniknął, głos zamilkł, a ja zagryzając wargę myślałem o ostatnich słowach ducha.
Spędziłem bezsennie cztery godziny, po czym stwierdziłem, że mam dość i w mojej głowie pojawił się plan, a raczej jego zarys. Przeszedłem przez okno do pokoju Harry’ego, ignorując fakt, ze jest czwarta rano i on na sto procent śpi. Okazało się, że matematyk ze mnie kiepski, bo Harry siedział z dziwną miną na podłodze i płakał jak najgłośniej umiał, zaciskając ręce na pościeli. Przerażony podbiegłem do niego i szybko zapytałem:
- Co się dzieje?
- Eleanor nie dała mi leków… przeciwbólowych, a one są na tamtej szafce. – Wskazał na półkę po drugiej stronie pokoju. Podszedłem tam, zostawiając z rozmysłem swoje ślady na podłodze jako znak dla dziewczyny, że dowiedziałem się o jej oszustwie. Przystanąłem zszokowany na widok sterty różnych opakowań i buteleczek. Harry cicho się zaśmiał, ale potem jęknął przeciągle.
- Te w niebieskofioletowym pudełko, Louis. Pośpiesz się trochę…
Chwyciłem szybko coś, co pasowało do opisu i nalałem wody do szklanki, po czym pobiegłem w jego kierunku. Wytrząsnął na rękę dwie tabletki, połknął je i popił wodą, po czym odchylił głowę do tyłu, eksponując swoje piękną szyję, a ja miałem ochotę pochylić się i zrobić mu malinkę.
Boże, o czym ja myślę?! Wtedy wpadłem na szalony pomysł pokazania mu świata.
- Harry, chciałbyś zobaczyć to coś innego, specjalnego?
Jego zielone oczy rozbłysły.
- Louis… Mogę być gdziekolwiek byle nie tutaj.
Pochyliłem się nad nim i wyszeptałem:
- Ale musisz zawiązać oczy…
Lekko zdziwiony pokiwał głową, a ja przewiązałem jego oczy chustka, którą znalazłem w swojej kieszeni. Wziąłem Harry’ego na ręce, a on wtulił twarz w moją szyję. Ostrożnie przełożyłem nogę przez parapet i po chwili wyszedłem z mojego domu, kierując się w stronę lasku.

Miałem plan, który musiał się udać.

____________________________________
A teraz tak strasznie przepraszam wszystkich, że tyle to pisałam... Po prostu nie ogarnęłam, że go nie skończyłam i zaczęłam pisać 8. Dziękuję wszystkim, którzy jeszcze to czytają. I dedykuję moim przyjaciołom - Ani i Maxowi.

1 komentarz:

  1. Świetny rozdział! ♥
    Dziś jest 8 stycznia, a Ty jeszcze nie dodałaś nowego... Kiedy dodasz?
    Bo my tu czekamyyy! ♥
    Pozdrawiam ciepło i życzę weny! ♥
    marrymeharrystyles.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń